Wreszcie udało się i pojechaliśmy do OPNu żeby zwiedzić go w możliwie maksymalny sposób. Oczywiście z wyjazdu na godzinę 10 wyszły nici, ale wystartowaliśmy o 12.00 i na 14.00 byliśmy na miejscu. Ale to wystarczyło żeby zobaczyć najważniejsze punkty czyli Zamek, Jaskinię Łokietka, Bramę Krakowską, Rękawicę.

Generalnie polecam jakieś dobre buty trekkingowe, bo mimo wszystko trampki nie zdały egzaminu i stopy bolą mnie do teraz. Serio polecam zaopatrzyć się w jakieś buty do chodzenia w terenie. Ja już rozglądam się i póki co rzuciły mi się w oczy buty z adidasa, ale jeszcze nie zdecydowałem.
Jeśli idzie o samą wycieczkę to zaparkowaliśmy auto na parkingu powyżej i czarnym szlakiem zeszliśmy do zamku (16zł za osobę). Tam weszliśmy na punkt widokowy, który powstał na miejscu dawnego budynku mieszkalnego. Weszliśmy też do dwóch wież.
Ruszyliśmy dalej do doliny, tam w miasteczku zjedliśmy obiad i dalej znów na czarny szlak prowadzący do Jaskini Łokietka. Jakimś cudem, załapaliśmy się na ostatnie wejście dosłownie na dwie minuty przed (17:30) Weszliśmy no i robi wrażenie. Z tego co przewodniczka opowiadała panuje tam przez cały rok stała temperatura około 8 stopni celcjusza. Więcej nie wiele słuchałem bo trzymałem się z tyłu by móc zrobić kilka fotek bez udziału współ-zwiedzających. Koszt za osobę to 26zł. Wycieczka trwała ok pół godziny.
Jeśli idzie o samą wycieczkę to zaparkowaliśmy auto na parkingu powyżej i czarnym szlakiem zeszliśmy do zamku (16zł za osobę). Tam weszliśmy na punkt widokowy, który powstał na miejscu dawnego budynku mieszkalnego. Weszliśmy też do dwóch wież.
Z bramy Krakowskiej rozpościera się widok, na skały koronne i rękawicę. Już niestety nie wchodziliśmy na nie, bo było około 19.00, a to oznaczało, że już czas wracać jeśli chcemy wracać doliną Sąsapowską. Wróciliśmy do miasteczka, mijając Jaskinię Krowią i hodowlę pstrąga Ojcowskiego (ciekawostka: każda knajpa, bez wyjątku, ma w karcie dań Ojcowskiego pstrąga). Zeszliśmy na szlak żółty w dolinę Sąsapowską, tam, już pamiętaliśmy, że musimy dojść do drugiego przystanku, żeby za nim skręcić w las i tamtym szlakiem dojść do parkingu. Gdy wchodziliśmy do lasu jeszcze było widno, ale jak już wychodziliśmy to już była noc, choć tę ostatnią prostą pokonaliśmy w 13 minut (choć na tabliczce przewidywany czas to 20 minut.)
Doszliśmy do auta zmęczeni jak konie po westernie, ale bardzo zadowoleni. Gdy dojechaliśmy do domu, stopy już tak bardzo mnie bolały, że nie mogłem wyjść z auta... Buty, dobre buty to podstawa!





















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz