Jakoś w kwietniu 2019 roku, chowając cytrynę, którą uprawiam od ziarenka, przed przymrozkiem, niefortunnie jakoś, trafiłem jedną z gałęzi prosto w oko i nabawiłem się "erozji rogówki". Co jakiś czas mam nawroty tego schorzenia i jestem, można powiedzieć, wyłączony z funkcjonowania, już pal licho, że widzę jak przez mgłę na to oko, ale ból jaki towarzyszy temu schorzeniu porównuję do wbitej w oko wykałaczki. Oka nie da się otworzyć, boli jak przypalane żarem albo właśnie wykałaczka wbita w nie. Dziś jestem trzeci dzień po nawrocie i pomału wracam do żywych. Zapłakany, po trzech dniach leżenia w łóżku (cały weekend) marzę żeby coś zrobić. Niestety, na razie jest to sfera planów i może jutro uda się za coś złapać. Dziś jeszcze czuję to oko zbyt mocno żeby się próbować z drewnem. Plan na najbliższe dni to Ostatni czwarty "skoczek" i coś z wyższej szkoły jazdy:
Mam nadzieję, że już nic nie pokrzyżuje mi planów, łącznie z tym pieprzonym okiem. Bo serio potrafi takie coś w depresję człowieka wepchnąć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz